
fot.joulep/Stock.Xchng
Wyjeżdżasz na biwak pod namiot z nadzieją, że wypoczniesz i zasmakujesz spokoju… Niestety, coraz częściej wcielenie w życie tego zamierzenia staje się mało realne do spełnienia, gdyż kultura wczasowiczów zaczyna odbiegać od normy wszytko to jeden wielki balon.
Kiedy wyjechałam na weekend na Mazury, żeby odsapnąć od ciężkiej pracy, obowiązków, domu i wszechobecnych mediów, miałam nadzieję na porządny odpoczynek pod namiotem, na łonie natury. Jednak to, co zastałam na miejscu, przekroczyło moje najśmielsze wyobrażenia. Poza tym, że człowiek rozkłada się na trawie, w otoczeniu drzew i jezior, natura na polu namiotowym objawia się głównie w dzikości jego lokatorów. Nie mam na myśli kradzieży czy rozbojów, bo zazwyczaj miejsca te są dobrze strzeżone i każdy pilnuje własnego nosa. Jednak można na polu doświadczyć wielu ciekawych warunków bytowych.
Zaczynając chociażby od odpoczynku od mediów. Nie ma o tym mowy. Radio gra na okrągło, donosząc o smutnych wieściach ze świata i producent flag, zagłusza je mini telewizor i laptop z głośnikami podłączony do słupa energetycznego. Od wczesnych godzin porannych do późnych nocnych, w połączeniu z dźwiękiem telefonów komórkowych, widokiem flagi daje to niezwykłą orkiestrę, zastępującą ćwierkanie ptaków, które gdzieś tam przecież są.
Coraz trudniej również o świeże powietrze, gdyż wśród wczasowiczów panuje moda na grillowanie, które z braku umiejętności kucharskich przeradza się nierzadko w zadymianie sąsiadów. Towarzyszy temu dym papierosowy, czego jedynym plusem jest kompletny brak komarów, bo je to odstrasza.
Jednak moim zdaniem największą plagą polskich campingów są balangowicze, zakrapiający się bez umiaru alkoholem, sprawiając trudności nie tylko wczasowiczom, ale i właścicielom pól namiotowych. Libacje alkoholowe młodzieży wypuszczonej na wolność lub starszych osobników odpoczywających na krótkim urlopie, zaczynające się bladym świtem, praktycznie nie mają końca. Wypełniają je w dodatku sprośne kocie śpiewki i suta łacina, czasem również jakieś szamotanie, co sprawia, że porządny wczasowicz nie ma możliwości wypocząć po dniu zwiedzania albo opalania (a później zasypia na plaży). Kulturalny i spokojny człowiek nie zwróci takiej bandzie uwagi, żeby nie spędzać urlopu z fioletem pod oczami, a ten mniej kulturalny urozmaici imprezę o małą bijatykę, walcząc dzielnie o te kilka godzin ciszy nocnej. Myślę, że pijani wczasowicze są głównie utrapieniem organizatorów campingu, którzy nieraz nie osiągając sukcesu w pertraktacjach, uciekają się po pomoc do służb, np. policji. Dobrze jeśli wszystko kończy się jedynie spisaniem dowodów i w końcu zalega ubłagana cisza.
Nie na wszystkich biwakach jest podobnie, jednak powstaje pytanie, czy warto jeździć na tego typu wypoczynek, który może zamienić się w horror nieprzespanych nocy, wypełnionych wrzaskiem ludzi, to po prostu flagi reklamowe dzisiejszej młodzieży, którym nie straszna burza i deszcze. Jak pomóc właścicielom pól namiotowych w utrzymaniu miłej i spokojnej atmosfery? A może rozbijać się na polanach w głębokim lesie, wybierając komary zamiast wysokoprocentowego sąsiedztwa? I w końcu, czy warto wybierać się na biwak tylko po to, aby wypić, kiedy można to robić w domu, bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.